Samochodem po Rumunii, część 1

Gdybyście rok temu spytali się mnie o wakacyjne plany nigdy nie pomyślałbym o Rumunii. Pomysł na samochodową wycieczkę po tym właśnie kraju wpadła moja przyjaciółka. I tak właśnie w zeszłą sobotę pojawiliśmy się w Rumunii. 

Oradea – miasto nietętniące życiem.

Naszą podróż do Rumunii zaczęliśmy od Oradei. Według przewodników zastać nas tam miała perła secesji. Miasto tętniące życiem. Majce udało się zabookować hotel w całkiem niezłej lokalizacji, bisko starówki. Chociaż obrzeża wydawały się nieco obskurne, pełni nadziei poszliśmy na wieczorny spacer po mieście. Próżno nam było szukać secesyjnych budynków – pewnie dlatego, że większość miasta była w remoncie, a i pełni życia nie znaleźliśmy. Mieliśmy też problem z restauracją serwującą tradycyjną, rumuńską kuchnię. Mogliśmy przebierać w pizzeriach, burgerowniach, budach z hot dogami i kebabami. Finalnie zdecydowaliśmy się na suvlaki – grecki przysmak w rumuńskiej wersji mocno podlany majonezem. Do tego wypiliśmy po szklance piwa i poszliśmy zwiedzać dalej. Trafiliśmy do całkiem przyjemnej miejscówki na deptaku, gdzie udało nam się dostać po butelce craftowego, rumuńskiego piwa. Bar, jak na tętniące życiem miasto przystało, zamykali o 23. Na szczęście hotel miał całkiem przyjemne patio i całodobową sprzedaż piwa, w cenach nieodbiegających od sklepowych. TIP: w Rumunii piwo jest często tańsze od wody, więc zastanówcie się co warto pić. 

Oczywiście zrobiliśmy też sobie zdjęcia przy pomniku węgierskich pisarzy, ale wszędzie dookoła były rozstawione toi -toi’e więc daruję sobie wklejanie fotek.

Najciekawszy widok w Oradei

Kluj Napoka

Następnego dnia rano nie marnowaliśmy więcej czasu w Oradei, pojechaliśmy w dalszą drogę, zwłaszcza, ze mieliśmy w planach wiele kilometrów do przejechania. Pierwszym przystankiem była Kluj Napoka – największe miasto Siedmiogrodu, drugi po Budapeszcie ośrodek akademicki w Rumunii. 

Zwiedzanie zaczęliśmy od wizyty w kawiarnii Pergola, z której ogródka rozciąga się panorama całego miasta. Kluj Napoka podobała nam się nieco bardziej, a do tego udało nam się spróbować dwóch rzeczy z kulinarnej check-listy: placinty i batoników Rom w charakterystycznym opakowaniu w kolorach rumuńskiej flagi. Placinta w Kluż Napoce była nadziana grzybami i nie różniła się za bardzo od naszych pasztecików, które nierozłącznie podaje się w parze z barsczem na weselach. Batoniki za to są mocno podobne w smaku do naszych Pawełków. Zasadnicza różnica to mocno rumowy smak towarzyszący każdemu kęsowi i nieco mniejszy rozmiar. Z batonikami w rękach wyruszyliśmy do kolejnego miejsca – Rimetei. 

Kluż Napoka, widok z Pergoli

Rimetea – urocze miasteczko u podnóża góry

Rimetea, to bardziej osada niż miasteczko. Podłożona w Siedmiogrodzie, w okręgu Alba, u podnóża niesamowicie malowniczej Góry Seklerskiej, zrobi wrażenie na każdym. Co prawda, jeśli nie zamierzacie się wspinać po górskich szklakach, na jej zwiedzenie potrzebujecie jakiś 30 minut, ale i tak warto o nią zahaczyć. Małe, urocze, białe domki pokryte dachówką na tle olbrzymiej góry są naprawdę tego warte. 

Rimetea
Góra Seklerska

Alba Iulia – twierdza o kształcie gwiazdy

Z Rimetei pojechaliśmy prosto do Alba Iulia – stolicy okręgu Alba. Zatrzymaliśmy się pod samą starówką i od razu weszliśmy w rejony twierdzy, która została zbudowana na planie gwiazdy. Spore wrażenie zrobiła na nas katedra św. Michała i widok z cytadeli. W Alba Iulia spróbowaliśmy też kolejnego rumuńskiego piwa – Ursusa w wersji retro, który od klasycznego różni się tym, że jest niefiltrowany. Palące słońce wygoniło nas z miasta nieco szybciej niż planowaliśmy i wprost z Alby ruszyliśmy do Hunedoary, do której zaprowadziła nas chęć zobaczenia gotyckiego zamku Jana Hunyadyego, który powstał w XV wieku.

Wejście do Alba Iulia

Hunedoara

Samo miasto, w czasach panowania Nicolae Ceauscescu zostało przekształcone w okręg hutniczo-górniczy i tak naprawdę poza zamkiem nie ma tam nic ciekawego. Udało się nam za to spróbować w końcu rumuńskiej kuchni. Host naszego mieszkania (na bookingu wyszukujcie The Home) polecił nam restaurację Roma. Królowały w niej dania kuchni włoskiej z pizzą i pastami na czele, ale posiadali też dania kuchni rumuńskiej. Wszyscy kelnerzy i kelnerki mówiły po angielsku, co ułatwiło nam wybór dań. Zamówiliśmy gulasz wieprzowy, podawany z mamałygą posypaną serem Telemea i jajkiem sadzonym. Marcin wybrał kurczaka w sosie z sera cascaval z frytkami. Do każdego dania dostaliśmy sałatkę ze świeżych warzyw. Wypiliśmy też po szklance miejscowego piwa Ciuc i z pełnymi żołądkami poszliśmy na pokaz letniego kina, który odbywał się w samym centrum miasteczka. Rano w tej samej restauracji zjedliśmy śniadanie (w menu głównie potrawy na bazie jajek), a potem wybraliśmy na zamek, który z zewnątrz zrobił na nas niesamowite wrażenie. Okazały, dobrze zachowany prezentował się naprawdę imponująco. Zapłaciliśmy po 30 lei za bilety, dołożyliśmy kolejne 15 za możliwość robienia zdjęć i kręcenia video i…mocno się rozczarowaliśmy. Wnętrza nijak miały się do tego, co widzieliśmy z zewnątrz. Maszyny do tortur z kiczowatymi manekinami, komnata wypełniona skórami zwierząt, łóżko księżniczki, trochę ubrań ówczesnych pracowników i to w sumie tyle. Potencjał miały widoki z najwyżej wieży ale i to zostało zepsute przez komunistyczne budowle stojące dookoła zamku. Lekko zawiedzeni, spoceni (34 stopnie w cieniu) wyruszyliśmy w kierunku Sibinu

Zamek w Hunedoarze
Gulasz z mamałygą, serem Telema i jajkiem sadzonym

Sybin – pierwsze miejsce, które podobało się nam w Rumunii

Sybin spodobał się nam od pierwszego spojrzenia. Założony w 1190 roku przez saskich kolonistów jest naprawdę uroczy i dobrze utrzymany. W 2007 roku był Europejską Stolicą Kultury. Do tego tam zjedliśmy nasze pierwsze papanasi. Podobne do naszych pączków, smażone ciastko bez nadzienia podane z kwaśną śmietaną i cierpkim, jagodowym dżemem. Pyszne i ciężkie jednocześnie, bazujące na serze „branza de vaci”, jako miłośnikowi słodkości od razu skradły serce. Weszły idealnie z kubkiem gorzkiej kawy. Po Sybinie pochodziliśmy jeszcze jakąś godzinę i wyruszyliśmy do Sighișoara. 

Rynek w Sibinie
Papanasi

Sighișoara – średniowieczne miasto w Transylwanii 

Miasteczko powstało prawdopodobnie w 1190 roku i jest po prostu piękne. Położone na wzgórzach, pełne uroczych budynków i turystów zachęciło nas jednym – domem, w którym urodził się Drakula, czyli Wład Palownik. Miasto ma niesamowity klimat, dla którego warto powoli się po nim przespacerować żeby dokładnie poczuć jego atmosferę, która dosłownie wychodzi z każdego budynku. Warto zwrócić uwagę na Wierzę Zegarową, wspomniany wcześniej dom, w którym urodził się Drakula i tak naprawdę każdą uliczkę. W Sighișoarze zjedliśmy też kolejny rumuński posiłek. W restauracji Concordia zdecydowałem się na zapiekaną mamałygę z serem Telemea i rumuńską kiełbasą, a Majka wieprzowy gulasz – inny niż ten z Hunedoary – wzbogacony smakiem świeżej papryczki chilli i mamałygą. Marcin wybrał prawdziwie rumuńskie pizzetki (były całkiem ok). Bez problemu dogadaliśmy się po angielsku, a wszystkie pozycje w menu były przetłumaczone na angielski właśnie. Z Sighișoary pojechaliśmy prosto do Braszowa, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg

Sighisoara
Zapiekana mamałyga

Braszów – miasto, które nas zaskoczyło

Miasto na początku zaraziło mnie i Marcina. Wybraliśmy się po podstawowe zakupy – jakieś piwo, żeby zchilować się po długim dniu i coś do przekąszenia przed snem. Oznaczenia w Google Maps ssały, a my błądziliśmy po coraz bardziej obskurnych częściach miasta. Zrobienie małych zakupów zajęło nam ponad godzinę, więc na poranek zaplanowaliśmy sobie jedno – wizytę na miejskim bazarku. I to był strzał w dziesiątkę. Kupiliśmy sobie po dwulitrowej butelce świetnego, rumuńskiego wina za bezcen, sporo świeżych i pysznych owoców i po kawałku placinty z serem Telemea na śniadanie (ser Telema pojawi się w tym poście nie raz, ale uwierzcie, że jeśli tylko go spróbujecie, to z miejsca go pokochacie). Najedzeni i obkupieni wybraliśmy się w przejażdżkę wokół braszowskiego starego miasta. No i było piękne, ale czas gonił nas tak bardzo, że nawet nie znaleźliśmy chwili, żeby je zobaczyć, bo w planach mieliśmy Trasę Transfogarską. 

Trasa Transfogaraska – miejsce, którego nie można odpuścić 

Jedno z najładniejszych miejsc, jakie widziałem w życiu. Jeśli kiedykolwiek wybierzecie się do Rumunii, to nie możecie tego odpuścić. Niebezpieczeństwo spotyka się tu z tak niesamowitą pięknością natury, że ciężko to sobie wyobrazić. Trasa prowadzi przez środkową część Rumunii, przecina grzbiet Gór Fogarskich, pomiędzy szczytami Moldoveanu i Negoiu, i jest po prostu nieziemska. Trasa Transfogaraska zamknięta jest od października do kwietnia (czasami maja) i została wybudowana w latach 70 na polecenie Nicolae Ceausescu. Po drodze warto się zatrzymać przy jeziore Balea. Przy nim Morskie Oko nie robi już na mnie takiego wrażenia, a piękno przyrody, które tam doświadczycie, zostanie z Wami na długo. 

Trasa Transfogaraska
Jezioro Balea
Jezioro Balea

Zjeżdżając z trasy spotkały nas kolejne przygody. Po tak pięknych widokach, pełni zachwytu nad dzikością rumuńskiej przyrody, postanowiliśmy zatrzymać się na papierosa. Zjeżdżamy na pobocze, wychodzimy z majkowego Renault Clio, a tam… niedźwiedź. Prawdziwy, kurwa, niedźwiedź. Do samochodu wskoczyliśmy szybciej niż z niego wyszliśmy. Jednak nie przeszkodziło nam to w zrobieniu fotorelacji z miejsca spotkania prawdziwego niedźwiedzia. Miś siedział sobie na poboczu, bawił się łapą i w dupie miał ludzi zatrzymujących się, żeby zrobić mu zdjęcie. Groźniej zrobiło się jakieś trzy kilometry dalej, gdzie spotkaliśmy kolejnego niedźwiedzia. Tym razem znak o misiu dał nam kierowca jadący z naprzeciwka. Zatrzymaliśmy się, przygotowaliśmy telefony i aparaty do nagrywania, ale tym razem ktoś za nami postanowił misia nakarmić. Kiedy ten zerwał się w setną sekundy po kanapkę z szynką, mocno się wystraszyliśmy. Majka miała śmierć w oczach (jej okno było najbliżej misia), ale wszyscy baliśmy się równie mocno. Oczywiście nagraliśmy na tę okoliczność film i zrobiliśmy trochę zdjęć, które możecie zobaczyć poniżej. 

Miś numer 1
Miś numer 2

Podekscytowani i głodni zatrzymaliśmy się w restauracji u podnóży trasy. Niestety nie było tam zbyt smacznie. Pensiunea Lacetate, mimo wspaniałego widoku z ogródka, nie zrobiła na nas pozytywnego wrażenia, dlatego nawet jej nie linkuję. Widok na zamek Drakuli nie wystarczył (obecnie nie można do niego wejść – za dużo niedźwiedzi roi się w okolicy), żeby uznać to miejsce za warte zatrzymania. Dotarliśmy do Curtea de Argeș, gdzie mieliśmy klepnięty kolejny nocleg. Małe i dość przyjemne miasteczko, które warto zobaczyć, jeśli macie trochę więcej czasu. Mi najbardziej spodobał się miejscowy bazarek, w którym roiło się od mnóstwa odmian papryki, ale warto zajrzeć też do cerkwi książęcej, w której wizyta kosztuje 2 leje.

I naszedł czas na Bukareszt.

Czas na największe rozczarowanie tej podróży. No bo w sumie co byście pomyśleli? Właśnie wjechaliśmy do stolicy państwa Unii Europejskiej. Spodziewaliśmy się wszystkiego, co za tym idzie, a spotkaliśmy wszystko inne. Zacznijmy od tego, że mieszkańcy Bukaresztu mają w dupie sygnalizacje świetlne, wyznaczone pasy ruchu i światła samochodowe. Do tego uwielbiają trąbić z byle powodu i wtedy, kiedy mają na to ochotę. Ponieważ sygnalizacja świetlna jest głęboko w ich poważaniu ruchem kierują policjanci, których niektórzy też mają w dupie. Chcesz zatrzymać się na środku skrzyżowaniu? Pojedź do Bukaresztu. Plusem wyjazdu (chociaż niecałkowitym) była lokalizacja naszego hostelu. Co prawda pani z obsługi kilkukrotnie zapewniała nas o klimatyzacji, ale po wejściu na 3 piętro największą klatką schodową jaką widziałem, okazało się, że w Bukareszcie AC to po prostu wiatrak na stałe przymocowany do europalety robiącej za półkę. Czy jest coś co mi się tam podobało? Oczywiście. Wrażenie na nas zrobił zdecydowanie budynek parlamentu. Symbol komunistycznej władzy jest wielki i okazały. Dyktator Nicolae Ceausescu podobno wysiedlił 40 tysięcy mieszkańców tylko po to, żeby zbudować ten moloch. Fajne były też podświetlane fontanny w centrum miasta i bar na dachu jednej z kamienic starego miasta. No i to tyle z fajnych rzeczy w Bukareszcie. Większość budynków z potencjałem jest strasznie zaniedbana. Obdrapane fasady, dachy, które wyglądają tak, jakby wszystkie ptaki z okolicy srały tylko na nie przez dziesięć lat i setki rozpadających się budynków z wielkiej płyty, naprawdę mnie rozczarowały. Na obiad zjedliśmy pizzę w Pizza Coloseum, której lokalizację możecie kojarzyć ze względu na zadaszenie uliczki pokryte kolorowymi parasolkami. Pizza była ok, ale nie spodziewajcie się wybitnej włoskiej kuchni. My po prostu mieszkaliśmy tuż obok. 

Cerkiew w Bukareszcie
Budynek Parlamentu
Plac Konstytucji w Bukareszcie

Mieliśmy też problem z zaparkowaniem. Znaleźliśmy w końcu parking jakieś 900 metrów od hostelu i zapłaciliśmy za niego jakieś 60 lei, wyłączając godziny od północy do 6:30 rano. 

Z Bukaresztu wyruszyliśmy prosto nad Morze Czarne, ale o tym w kolejnym poście!

Please follow and like us:
error

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *